free templates joomla

Rafał Petertil: Nigdy nie miałem parcia na szkło. Dałem się złapać i aresztować! Wywiad!

[fot. Grzegorz Caputa] Rafał Petertil Rafał Petertil, legenda wrocławskich sportów walki, a obecnie trener w klubie Gym-Fight jest gościem kolejnego odcinka "Drugiej strony medalu". Sportowiec w rozmowie z Andrzejem Gliniakiem opowiada o walkach z cięższymi o kilkadziesiąt kilogramów rywalami, jak został prywatnym ochroniarzem Krzysztofa Ibisza i kto nadał mu przydomek "Waleczne serce". Zapraszamy do lektury!
 
Wreszcie możesz się wyspać?

Oj, bardzo mi tego brakowało (śmiech). Przez wiele lat byłem managerem w firmie ochroniarskiej Fighter Wrocław. Rozliczałem nocki, a przede wszystkim odpowiadałem za tzw. telefon interwencyjny. Dzwonił głównie w nocy, z reguły kilka razy. Po drugiej stronie odzywały się głosy z prośbą o złagodzenie awantury lub rozwiązanie konfliktu. Z racji swojej rozpoznawalności w środowisku, często udawało mi się łagodzić spory przez telefon ale wiele razy musiałem też wstawać z łóżka i jechać na "akcję". Nie pamietam jednego spokojnego weekendu. Najbardziej odczułem to kiedy zostałem ojcem. Mała Laura nie dawała spać, a ja w ramach swojej pracy ciagle musiałem być czujny. Stres, zmęczenie i wieczne wybudzanie spowodowało, że mocno wtedy schudłem i zmizerniałem. Kiedy pojechałem z rodziną na wakację i oddałem komórkę zastępującemu mnie koledze, ten już po kilku dniach błagał, żebym wrócił i odebrał od niego "przeklęty" telefon.

Największą rozpoznawalność przyniosły Ci jednak walki, a przede wszystkim zwycięstwa na pierwszych w Polsce galach kickbokserskich.

To było wielkie święto dla kibiców sportów walki w całej Polsce. Do tej pory ta dyscyplina była w naszym kraju bardzo egzotyczna. Rywalizację fighterów można było oglądać jedynie w Eurosporcie. Ja sam uczyłem się technik z kaset szkoleniowych Ernesto Hoosta. Tymczasem we Wrocławiu zorganizowano pierwszą w Polsce imprezę na zasadach K-1: "Poland Grand Prix". Pierwszy raz walczono bez ochraniaczy. Hala Orbita pękała w szwach. Na ringu ośmiu wojowników reprezentujących odmienne sztuki walki. Kickboxing, muay-thai, boks czy karate. Nie było też podziału na kategorie wagowe, a różnice między zawodnikami wynosiły nawet 30 kilogramów. Ja ważyłem około osiemdziesięciu. Byłem jedynym wrocławianinem w tej stawce. W turnieju obowiązywał system pucharowy. Zwycięzca walki awansował do kolejnej rundy. W moim narożniku stał Tomek Skrzypek. Nie trenował mnie na codzień, ale zawsze sekundował mi w najważniejszych walkach. To był nasz rytuał. Czułem się pewnie w jego obecności.

W pierwszym pojedynku pokonałem przed czasem Igora Kołacina. W walce o finał moim rywalem był Marcin Różalski, cięższy ode mnie o blisko 30 kilogramów. Po wyczerpującym starciu wygrałem na punkty. Byłem bardzo szczęśliwy. Już i tak sprawiłem wielką niespodziankę a jeszcze  za kilkadziesiąt minut czekał mnie finał. Rywalem Łukasz Jarosz, którego uważam za jednego z najlepszych polskich kickbokserów w historii. Byłem bardzo zmęczony, a do tego potwornie bolała mnie noga. Zaczęła się walka z czasem. Zostałem podłączony do kroplówki i wziąłem środki przeciwbólowe. Bardzo chciałem wygrać ale organizm odmówił posłuszeństwa. Natury nie da się oszukać. Noga cały czas była usztywniona. Przegrałem przez techniczny nokaut. Czułem się jednak moralnym zwycięzca, a dla wrocławskich kibiców byłem bohaterem.

Sukces sportowy i marketingowy pierwszej gali zaowocował zorganizowaniem kolejnej. Ponownie Wrocław został stolicą sportów walki.

Tym razem imprezę transmitowała wrocławska piątka, wtedy najpopularniejsza telewizja. Okazję obejrzenia wojowników w ringu miał cały Dolny Śląsk. W Hali Orbita znów był komplet widzów. Zasady te same co wcześniej. Ósemka fighterów, zasady pucharowe. W moim narożniku oprócz Tomka Skrzypka był też Wojtek Bartnik, z którym szlifowałem techniki bokserskie. W pierwszej rundzie za rywala miałem Piotrka Lepicha. Wygrałem i awansowałem do półfinału. Tam czekał już na mnie Marcin Najduch, jeden z faworytów całej imprezy.

Do tej pory wspominam tamten pojedynek z łezką w oku. To była chyba jedna z najlepszych walk w mojej karierze. Utytułowany karateka, niesamowicie silny, ważący grubo ponad 100 kg. Teoretycznie byłem na straconej pozycji. Nie po to jednak Bartek Czekański - znany wrocławski dziennikarz - nadał mi przydomek "Waleczne serce", żebym pokazał słabość. Po kilku udanych akcjach uwierzyłem w siebie. Swoje zrobiła także wrocławska publika, która ogłuszającym dopingiem niosła mnie do zwycięstwa. Wygrałem jednogłośną decyzją sędziów. To była sensacja. O zwycięstwo w turnieju zmierzyłem się z Marcinem Różalskim. Tym razem przegrałem. Nie starczyło sił. "Różal" był znacznie świeższy i tym razem ponad 30 kilogramów na jego korzyść zrobiło swoje. Ponownie jednak swoją nieustępliwą postawą zyskałem uznanie wśród miejscowych fanów.

Po tym sukcesie bez krzty przesady można napisać, że Rafał Petertil stał się jednym z najpopualrniejszych sportowców we Wrocławiu.

Zadziałała magia szklanego ekranu. Miałem swoje pięć minut. Ludzie rozpoznawali mnie z telewizji i prosili o autografy czy wspólne zdjęcia. Lokalne media często zapraszały też na wywiady. Nie było jeszcze wtedy w Polsce Facebooka a inne portale społecznościowe nie miały takiego oddziaływania. Nie wykorzystałem więc swojego potencjału marketingowego tym bardziej, że nigdy nie miałem parcia na szkło. Nie zabiegałem o sławę. Teraz wiem jednak, że sportowy PR jest nieodłącznym elementem kariery zawodniczej. Prowadząc obecnie swój klub Gym-Fight na Nowym Dworze we Wrocławiu , duży nacisk kładę na jego promocję w internecie, bo zdaje sobię sprawę, że w dzisiejszych czasach wiele osób wybiera usługę bardziej popularną, a nie zawsze lepszą. Ktoś kto głośniej krzyczy może "sprzedać" więcej.

Twoja popularność zaowocowała filmowym epizodem.

Zagrałem narkotykowego dilera w serialu "Fala zbrodni". W końcu dałem się złapać i aresztować ale nie byle komu. W kajdanki zakuła mnie Agnieszka Dygant, jedna z najpopularniejszych aktorek.

Mało brakowało, a przez Ciebie swojej walki nie stoczyłby Przemek Saleta.

Na Bielanach we Wrocławiu kręcono "Bar" popularne reality-show. Producenci wpadli na pomysł, żeby w trakcie programu zorganizować walkę kickbokserską. Jednym z wojowników był mający już wtedy status celebryty Przemek Saleta. Na kilka dni przed pojedynkiem rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania sparingpartnera dla Salety. Padło na mnie. Co prawda, delikatnie mówiąc, nie chodziliśmy w jednej wadze, jednak nie przeszkodziło mi to, żeby wziąć Przemka w obroty. Tak okopałem mu jedną nogę, że wyszedł z sali kulejąc. Po kilku godzinach spotkałem go w aptece. "No ładnie mnie urządzileś, mam całą spuchniętą girę. Ledwo chodzę" - nie był w najlepszym humorze. Okazało się, że uraz był na tyle poważny, że przesunięto pojedynek. Po tygodniu Saleta wyszedł jednak do ringu i na oczach milionów telewidzów wygrał.

Twoje low-kicki zrobiły na tyle wrażenie, że prowadzący show Krzysztof Ibisz zatrudnił Cię w roli prywatnego ochroniarza.

Krzyśka poznałem podczas jednej z imprez. Poprosił mnie, żebym został jego bodyguardem podczas gali boksu w hali stulecia. Chciał odpocząć od fanów i pobawić się na spokojnie z przyjaciółmi. Z zadania wywiązałem się chyba nad wyraz dobrze, bo kibice praktycznie nie nagabywali Ibisza. Albo więc bali się spotkania ze mną albo po prostu znany prezenter stracił na popularności (śmiech).

Wróćmy do sportu przez duże ''S''. Jaki jest Twój największy sukces w karierze?

W Płocku podczas szóstej edycji Angels of Fire walczyłem o tytuł mistrza świata. Moim rywalem był Imre Zsolt z Węgier. W ostatnich sekundach decydującej rundy efektownym kopnięciem na głowę zapewniłem sobie tytuł.  

Twój najważniejszy pojedynek w karierze był jednak wciąż przed Tobą.

Nigdy nie przypuszczałem, że wejdę do ringu ze swoim idolem. W walce wieczoru na gali Angels of Fire w Płocku  miałem skrzyżować rękawice z Dmitrijem Shakutą. To była jedna z największych gwiazd sportów walki, jaka wtedy przyjechała do Polski. Białorusin był jedenastokrotnym mistrzem świata, a także dwukrotnym zdobywcą pasa mistrzowskiego holenderskiej organizacji Showtime, wtedy znacznie lepszej od Glory. Był rywalem z absolutnie topowej półki. Przede wszystkim  jednak zawsze go podziwiałem i się na nim wzorowałem. Teraz nadążała się okazja, żeby stanąć z nim oko w oko. Do walki przygotowywałem się w Warszawie. Niestety podczas jednego z treningów złamałem nos. Do walki zostało zaledwie kilkanaście dni. Z wielkim bólem serca musiałem zrezygnować. Na chwilę odpuściłem treningi i leczyłem kontuzję. Tydzień przed galą zadzwonił jednak telefon. To główny organizator jeszcze raz chciał upewnić się czy na pewno nie chce wejść do ringu. "Zawalczę" -  odpowiedziałem pod wpływem impulsu i nie zmieniłem zdania. Do tej pory nie wiem dlaczego i co mną kierowało.

Znów odezwało się waleczne serce.

Przegrałem w 2. rundzie przez latające kolano. W trakcie tej walki doznałem też poważnego złamania kości jarzmowej. Potworny ból i ślad na twarzy na całe życie. Przez kolejne dni musiałem jeść i pić przez słomkę. Najśmieszniejszy jednak w całej historii jest fakt, że nos, który wciąż miałem złamany nie został nawet draśnięty. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że gdyby nie uszkodzony nos miałbym szanse wygrać. Do tej pory nie mogę odżałować niewykorzystanej szansy.

A czy "Waleczne serce" obawia się w życiu czegokolwiek?

Mam lęk wysokości. Kiedy wybieram się z rodziną na wycieczkę, córka zawsze śmieje się ze mnie kiedy kurczowo trzymam się poręczy wchodząc np. na wieżę widokową. Kiedy w górach stoję nad przepaścią od razu mam spocone ręce. Taka moja słabość.