free templates joomla

Grzegorz Szulakowski: Moim celem jest zdobycie pasa KSW. ''Gamer'', jestem gotowy! Druga strona medalu - wywiad Andrzeja Gliniaka!

Grzegorz Szulakowski Grzegorz Szulakowski jest bohaterem jednego z odcinków cyklu ''Druga strona medalu'' prowadzonego przez Andrzeja Gliniaka na portalu TuWroclaw.com. W swoich wywiadach autor rozmawia z zawodnikami reprezentującymi różne dyscypliny sportu. Tym razem wybór dziennikarza padł na zawodnika MMA, walczącego aktualnie dla Federacji KSW.

W zasadzie już od małego wiedziałeś co chcesz robić w życiu.

Od kiedy pamiętam zawsze lubiłem się bić. W wieku dwunastu lat, zamiast książek kupiliśmy z bratem rękawice bokserskie. Razem z chłopakami organizowaliśmy na osiedlu "turnieje" pięściarskie. Szliśmy na żywioł. Nie było żadnych szczęk czy ochraniaczy na głowę. Tłukliśmy się do pierwszej krwi. Połamanych nosów nawet nie liczę. Moim największym przeciwnikiem był mój brat. Kiedy tylko się pokłóciliśmy od razu dochodziło do rękoczynów. Wióry leciały, a rodzice bezradnie się przyglądali. Zresztą dzięki Krzyśkowi na poważnie wziąłem się za sport. Zawsze imponowało mi, że większość czasu spędzał na siłowni, a ja nie chciałem być gorszy.

Z książkami nigdy nie było Ci po drodze.

Edukację skończyłem w gimnazjum. Nie lubiłem się uczyć. Najlepszą maturą zawsze było dla mnie życie. Zaczęły się imprezki, alkohol i dziewczyny. Powodów do bójek nawet nie musiałem szukać. Często sam prowokowałem, kręciła mnie ta adrenalina. Samych solówek było pewnie z kilkadziesiąt, bo nikogo się nie bałem. Lałem się z gośćmi, ważącymi ponad sto kilo i z reguły wygrywałem. W końcu ksywa "Wariato" nie jest przypadkowa (śmiech). Kiedyś złamałem gościowi nogę, dostałem cztery lata zawiasów i wysoką grzywnę. Od tej pory postanowiłem sobie, że lepiej dusić niż łamać i tak to się zaczęło.

Początki nie były łatwe, ale konsekwencji i determinacji nie sposób Ci odmówić.

Byłem samoukiem. Trenowałem w piwnicy, w spartańskich warunkach. Kulałem się na jakieś poniszczonej gąbce. Zresztą moje przygotowania do pierwszych amatorskich walk też, delikatnie mówiąc, nie były profesjonalne. Często, nawet dzień przed pojedynkiem spędzałem czas na parkiecie zamiast na macie. Zresztą jak na ironię swój amatorski debiut miałem w nieistniejącym już klubie muzycznym Protector w Opolu. Wygrałem, ale nie zarobiłem ani grosza. Chciałem się po prostu bić.

Twoje podejście do treningów a przede wszystkim samych przygotowań zmieniło się, kiedy zacząłeś walczyć zawodowo.

Założyłem wtedy swój własny klub. MMA Solo Team Namysłów to mój drugi dom. Tutaj wylewam poty ale też trenuje chłopaków. Kilka tygodni przed startami w KSW szlifuje formę w Arrachionie Olsztyn. Wszystko mam zaplanowane jak w szwajcarskim zegarku. Żyję wtedy według jednego schematu. Śniadanie, trening, obiad, trening, kolacja. Mogę skupić się wyłącznie na sporcie. Jestem pod skrzydłami Szymona Bońkowskiego i Pawła Derlacza. Wiele im zawdzięczam, z dnia na dzień się rozwijam. Bezcenne są dla mnie też sparingi z topowymi zawodnikami z Mamedem Khalidovem na czele. Poznałem tutaj Joasię Jędrzejczyk, kiedy jeszcze trenowała w Olsztynie. Świetna dziewczyna zarówno w ringu jak i poza nim. - Ty chyba już miałeś troche bójek za sobą - zagadnęła mnie ze śmiechem na pierwszych zajęciach. - Widać w tobie determinację, jesteś świetnym materiałem na mistrza - dodała. Bardzo mnie to wtedy zmobilizowało. Zresztą mocno zżyłem się z całą grupą i nikt nie daje mi odczuć, że jestem tu gościem. Wszyscy tworzymy jedną wielką rodzine. To sama przyjemność trenować w tak profesjonalnym teamie.

Do wszystkiego doszedłeś sam, ciężką pracą.

W domu nigdy nam się nie przelewało. Do dziś mam przed oczami mamę, która po otrzymaniu wypłaty, ustalała na kartce dzienny przydział na jedzenie dla naszej rodziny. Wychodziło jakieś dwie dychy na całą piątkę. Sypiałem z bratem w niewielkim pokoiku na podartym materacu. Sam też starałem się pomagać. Zbierałem złom i sprzedawałem jagody. Nigdy nie chodziłem głodny. Mama, góralka z pochodzenia, zawsze o nas dbała. Umarła trzy lata temu. Chorowała na złośliwego raka piersi przez prawie dziesięć lat. Była bardzo dzielna. Ostatnie dni spędziła w szpitalu. Kiedy zadzwonił lekarz i przekazał, że mama jest w bardzo ciężkim stanie, nie miałem odwagi żeby przyjść i się z nią pożegnać. W końcu się przełamałem. Długo trzymała mnie za rękę. Milczeliśmy. Kilka godzin później odeszła. Do tej pory nie mogę się z tym pogodzić. Czas nie leczy ran, czas tylko oswaja.

"Zostaw wreszcie te bijatyki i weź się za porządną pracę!". Mama nigdy nie była zwolenniczką twojej pasji.

Zawsze powtarzała mi to jak mantrę. Teraz chce jej udowodnić, że mogę zarabiać na życie robiąc to co kocham. Po jej śmierci zawsze przed i po walce odwiedzam jej grób. Zapalam znicz i długo z nią rozmawiam. To już mój rytuał. Przed pojedynkiem na KSW 36 z Bartłomiejem Kurczewskim obiecałem, że przywiozę jej puchar za zwycięstwo. Wygrałem, ale walka przeniesiona została do karty wstępnej i nic nie dostałem. Co się odwlecze... Mamo, kocham Cię i przyrzekam, zdobędę dla Ciebie pas KSW.

Wcześniej związany byłeś z federacją FEN.

Wypłynąłem wtedy na szersze wody. Przełomowa była dla mnie walka na historycznej, bo pierwszej gali organizowanej przez federację Fight Exclusive Night. W sali biznesowej Stadionu Wrocław moim rywalem był faworyt miejscowych kibiców Patryk Grudniewski. Wszystko miało pójść dla "Kury" lekko, łatwo i przyjemnie. Ja byłem tylko dodatkiem, mięsem armatnim. No to się wszyscy mocno przeliczyli, bo to Szuli wygrał przez duszenie zza pleców. Rywal poszedł spać. Po walce obóz Grudniewskiego złożył protest, który ostatecznie został przez organizatorów odrzucony. Niesmak jednak pozostał. Ale to nie koniec. Nagle wszyscy zapragnęli błyskawicznego rewanżu, którego tylko ja w tym czasie nie planowałem, bo nie wnosiłby nic do mojego sportowego i marketingowego rozwoju. Chciałem walki z Jackiem Kreftem, a dopiero później ewentualnie kolejnej potyczki z Grudniewskim. Zaczęły się telefony i naciski od włodarzy FEN. - Grzesiek musisz stoczyć rewanż na najbliższej gali - mówił stanowczo Paweł Jóźwiak. - Co to znaczy muszę? Nikt nie będzie mi niczego kazał - odparłem i odłożyłem słuchawkę.

Ale w końcu do rewanżu doszło, tylko już kilka lat później i w ramach innej federacji.

To była dla mnie wyjątkowa walka, bo chciałem zamknąć usta  wszystkim, którzy wciąż mieli wątpliwości czy wygrałem pierwsze starcie zasłużenie. Grudniewskiego pokonałem tak samo jak poprzednio czyli przez duszenie zza pleców. Tym nie razem nie odpłynął a odklepał. Po ostatniej, zwycięskiej walce na KSW 38 z Renato Pezinho z Brazylii rzuciłem wyzwanie Mateuszowi Gamrotowi, aktualnemu mistrzowi naszej kategorii. Moim celem jest zdobycie pasa KSW. Mam nadzieje, że do walki dojdzie jeszcze w tym roku. "Gamer", jestem gotowy!

Kto jest dla Ciebie idolem w świecie sportów walki?

Nie patrzę na kogoś tylko zawsze na siebie. Cenię natomiast Aslambeka Saidowa. Przesympatyczny, skromny gość. Wielki wojownik. Największy talent w polskim MMA.

Ciężko Cię utemperować?

Zawsze byłem, jestem i będę niepokorny. Taka już moja natura. Nie cierpię robić na siłę dobrego wrażenia. Lubie sobie wypić piwko, zjeść w McDonald's i poprzeklinać. No i czasami urwać komuś głowę. Oczywiście tylko w ringu (śmiech). Częściej robię niż myśle. Kiedy wstaje rano i mam ochotę na nowy tatuaż to już po kilku godzinach siedzę wygodnie na fotelu w salonie. To samo z fryzurą. Mam czerwonego irokeza, ale wkrótce zobaczycie mnie we fioletowym wydaniu. Ot, takie życie na spontanie.

Autor: Andrzej Gliniak, TuWrocław.com